Zrobione na szybko w wolnej chwili, pomiędzy powrotem dzieci do domu a gotowaniem obiadu. Ostatnio tak właśnie wygląda moje mydlenie- NA SZYBKO. Wskakuje wymeczona po całym dniu z małymi urwisami do łazienki (to moja super pracownia) i o godzinie 22 kręcę co się da albo jak mąż pomoże to w ciągu dnia urywam chwilę na wypróbowanie kolejnej receptury. 
Jak to zwykle bywa w takich warunkach czasem a ostatnio nawet często coś nie wychodzi. Na przykład mydło zachowuje się całkiem nie tak jak miało, nowe olejki robią jakieś cuda, jedna warstwa oddziela się od drugiej albo druga topi się w pierwszej 🙂 tak to też jest możliwe i o tym wam chce napisać. 
Moje mydełko bylo robione w pięknych godzinach dopołudniowych, człowiek ma wtedy duuzo światła dziennego i nie jest zmęczony – uwielbiam ten moment. Wydaje się wtedy, że wszystko musi się udać. 🙂
Parę dni wcześniej zrobiłam macerat nagietkowy na oleju ryżowym. Akurat miałam go przecedzić więc od razu pomyślałam że zrobię sobie mydlo. W końcu jak już się brudzic to raz. Namieszalam oleje, roztopilam tluszcze stale.Ług ze zmniejszonej ilości wody wystawilam na balkon – uwielbiam zimę, ług w 10min ma odpowiednią temperaturę. Przygotowałam formę i dodatki (barwnik bialy, mikke, olejek grejpfrutowy, nagietek). Zmiksowałam tłuszcze z ługiem do połączenia, dodałam barwnik biały i dalej blendowalam aż lekko zgęstnieje. Połowę przelalam do formy i sobie wymyśliłam, że do reszty dodam płatki nagietka, trochę niebieskiej mikki i nowy olejek grejpfrutowy. 
Mam taki nowy patent 🙂 – dodajemy niesprawdzony olejek zapachowy na końcu, żeby jakby co to gestniejacy budyń zdążyć przelać do formy. Niby powinno być ok ale nie pomyślałam, żeby odczekać aż pierwsza warstwa zastygnie i jak wszystko wymieszałam i zaczęło szybko gęstnieć to chop do formy – i było jedno wielkie plum:). Gęsty budyń zaczął artystycznie topic się w pierwszej warstwie, która zaczęła wyplywac na wierzch. Wyglądało to tragicznie, druga połowa była po 5 minutach tak gęsta, że nie szło wzorkow na wierzchu ułożyć, tylko coś na szybko łyżka wymazać, nagietek posypać, żeby zakryć niedoskonałości, przykryc pokrywką i na szafkę żeby dzieci nie dosiegly. 
Myślałam, że będzie dramat, wszystko do wyrzucenia itp, że druga warstwa będzie krucha i odłamie się od pierwszej. Jestem z natury pesymistka i często niepotrzebnie zakładam najgorsze i potem w stresie czekam na efekty. Tym razem była ulga i mile zaskoczenie, wszystko wyszło fajnie, warstwy lekko zmieszane, co nawet ładnie wygląda, nic się nie oddziela a nawet wygląda jednolicie. Po 5 godzinach mogłam pokroić na kawałki. 

Jak tak sobie dłużej pomyślę to nawet dobrze się stalo, że ta pierwsza warstwa taka płynna była, bo inaczej dziury by były bo gęste mydlo dobrze by formy nie wypełniło i wtedy dopiero nieładnie wyglądało.
Wniosek – niema po co się stresować, czasem coś ma nie wyjść żeby efekt końcowy był udany :).
Teraz moje nagietkowo-grejpfrutowe czeka sobie i dojrzewa. Dzięki zmniejszonej ilości wody za jakieś 3 tygodnie powinno być gotowe do użycia.
Pozdrawiam 
Gosia z Bobrowej Mydlarni.

Dodaj komentarz